"Będzie coraz więcej zmarłych, a coraz mniej bliskich, którzy zadbają o ich groby"
Rodziny się kurczą, a migracje oddalają nas od miejsc pochówku bliskich. Będzie coraz więcej zaniedbanych grobów, zwłaszcza w miejscowościach, z których od dziesięcioleci wyjeżdżają młodzi – powiedział PAP demograf prof. Piotr Szukalski. Dodał, że dziś stare wartości próbujemy realizować w nowy sposób.
PAP: We Wszystkich Świętych miliony Polaków odwiedzą cmentarze, ale czy za kilkadziesiąt lat będzie jeszcze komu zapalać znicze na naszych grobach?
Prof. Piotr Szukalski: Coraz częściej będziemy spotykać się z sytuacją, w której zabraknie kogoś, kto mógłby to zrobić. Na razie nie dzieje się to jeszcze na masową skalę. Tę przysłowiową świeczkę stawiają nie tylko dzieci, ale także kuzynostwo czy ktoś, kto pamięta ciocię, która pomagała mu w dzieciństwie, przytulała.
Bez wątpienia będzie jednak przybywać zaniedbanych grobów w miejscowościach, z których niekiedy już od 60–70 lat trwa odpływ młodych ludzi. Ich mieszkańcy wyjechali, żyją daleko i nie zawsze mogą przyjechać. Zwłaszcza gdy mówimy o migracjach międzynarodowych: trudno oczekiwać, że każdy specjalnie wsiądzie do samolotu, żeby 1 listopada zapalić lampkę. To zresztą bardzo polski zwyczaj; w innych krajach ten dzień ma odmienny charakter.
PAP: Ubywa tych, którzy mogą pamiętać, a przybywa tych, o których trzeba pamiętać?
P.S.: Jednego jesteśmy pewni: w nadchodzących kilkunastu latach liczba zgonów w Polsce będzie rosła. Takie są prawidłowości demografii. Jeżeli ktoś się urodził, to – o ile nie wyjedzie – prędzej czy później tutaj umrze. Tymczasem po II wojnie światowej mieliśmy wysyp urodzeń. W 1953 roku urodziło się 792 tys. dzieci. Te bardzo liczne pokolenia wchodzą teraz w wiek, w którym ryzyko śmierci wyraźnie wzrasta. Branża pogrzebowa będzie więc miała coraz więcej pracy.
Z urodzeniami sprawa jest mniej pewna. Można oczekiwać, że będzie ich mniej choćby dlatego, że do wieku, w którym zaczyna się na poważnie myśleć o rodzicielstwie, dochodzą bardzo mało liczne generacje. A na to nakłada się niska dzietność.
PAP: Dlaczego młodzi ludzie nie chcą mieć dzieci?
P.S.: W ostatnich latach demografowie mają duży problem z wyjaśnieniem, dlaczego w całej Europie czy szerzej – w rozwiniętym świecie – obserwujemy rekordowo niskie poziomy dzietności. Przywykliśmy tłumaczyć to wzrostem różnego rodzaju niepewności i niechęcią do podejmowania długookresowych zobowiązań. Wydaje się jednak, że mamy do czynienia z czymś, co dopiero próbujemy zrozumieć. Wcześniej również dostrzegaliśmy te zjawiska, ale teraz mają inną skalę.
Być może częściowo działa mechanizm, który w Europie Zachodniej było widać wcześniej: po pokoleniu rodziców wychowujących jedynaka, „dziecko króla”, pojawiają się dorośli królewicze i królewny. Przywykli, że rodzice i dziadkowie usuwają przeszkody z ich drogi, więc oczekują podobnego traktowania od świata.
Do tego dochodzą trudności ze znalezieniem partnera. Kobiety są lepiej wykształcone, częściej wyjeżdżają na studia i częściej przenoszą się do dużych miast. Są też takie, które nie chcą powielać losu własnych matek. Wyjazd staje się dla nich symbolicznym zerwaniem z dotychczasowym sposobem życia.
Rezultat znamy choćby z programu „Rolnik szuka żony”: w małych miejscowościach brakuje młodych kobiet. Ale jest też druga strona tego zjawiska. W największych miastach i ich otoczeniu wśród osób około trzydziestki na 100 mężczyzn przypada 110, 115, a w skrajnych przypadkach 120 kobiet. Tam z kolei brakuje mężczyzn.
PAP: Zanim pojawi się problem opuszczonego grobu, jest jeszcze samotna starość i samotna śmierć. Czy wiemy, ilu Polaków umiera bez bliskich?
P.S.: Nie podejmuję się oszacowania tej liczby. Dostępne dane o miejscu zgonu operują kategoriami: szpital, inna instytucja opieki zdrowotnej, dom lub inne miejsce. Nie pozwalają wydzielić samotnych śmierci.
Można jednak przypuszczać, że takich przypadków będzie coraz więcej. Do wieku 60, 70 czy 80 lat dochodzą pokolenia, które miały mniej dzieci i częściej doświadczały rozwodu. Zwłaszcza w przypadku mężczyzn rozwód nierzadko oznaczał ustanie żywej relacji z dziećmi. Do tego dochodzi brak własnego rodzeństwa oraz migracje na setki kilometrów, którym często towarzyszy osłabienie kontaktów.
Nie musimy od razu myśleć o skrajnych przypadkach, kiedy dopiero nieprzyjemny zapach sprawia, że sąsiedzi zawiadamiają policję. Częściej może wyglądać to tak: ktoś dzwonił dwa, trzy razy w tygodniu, a teraz milczy i nie odbiera telefonu. Po kolejnej, nieudanej próbie kontaktu bliscy zaczynają się niepokoić i proszą osobę mającą klucze, żeby zajrzała do mieszkania. Ciało zostaje odnalezione po kilku dniach.
PAP: Jednocześnie śmierć coraz częściej przenosi się z domu do szpitala albo placówki opiekuńczej. Wypychamy umierających z naszego życia?
P.S.: Nie traktowałbym medykalizacji śmierci wyłącznie jako oznaki wypychania umierających z domów. Zgony w coraz większym stopniu są przewidywalne, poprzedzone poważnymi problemami zdrowotnymi. Człowiek trafia więc do instytucji zapewniającej pomoc w nagłej sytuacji, czyli do szpitala, do placówki oferującej wsparcie długookresowe, albo do hospicjum.
PAP: A kiedy człowiek umiera i nie ma nikogo, kto mógłby zająć się pogrzebem? Czy rodzinę mogą zastąpić znajomi, współpracownicy?
P.S.: W skrajnych przypadkach pochówek organizuje gmina, ale w praktyce bywa inaczej. Znam z naszej uczelni przypadek emerytowanej pracownicy, kobiety po siedemdziesiątce, która nie miała dzieci ani żyjącego rodzeństwa. Organizacją pogrzebu zajęli się jej byli współpracownicy.
PAP: Zmiany demograficzne i kulturowe tworzą też nowe miejsca pracy. Rozwijają się firmy sprzątające groby, zapalające prawdziwe znicze i składające kwiaty. Są również wirtualne cmentarze, na których można zapalić wirtualną lampkę – płacąc, rzecz jasna, prawdziwymi pieniędzmi.
P.S.: Próbujemy realizować stare wartości w nowy sposób. Wartością pozostaje okazywanie szacunku przodkom, zmieniają się natomiast środki, którymi to robimy.
Nasz gatunek jest bardzo elastyczny i kreatywny. Dotychczas potrafił odnajdywać się w najróżniejszych okolicznościach. Choć trzeba przyznać, że obyczajowość prawdopodobnie nigdy nie zmieniała się tak szybko jak dzisiaj.
PAP: Pojawiają się także awatary zmarłych, z którymi bliscy mogą rozmawiać, pytać o radę. To również sposób realizowania starych wartości?
P.S.: Traktuję takie zjawiska jako kolejne potwierdzenie naszej gatunkowej elastyczności. Zmieniają się okoliczności i możliwości, więc szukamy nowych sposobów podtrzymywania tego, co było dla nas ważne.
PAP: Tyle że usługi kosztują. Czy także po śmierci będzie coraz wyraźniejszy podział na bogatych, których groby ktoś pielęgnuje, i biednych, o których nikt nie dba?
P.S.: Takie podziały były widoczne już wcześniej. Nie oszukujmy się: każdy, kto idzie alejką cmentarną, potrafi odróżnić granit czy bazalt od lastrika. Cmentarze od dawna pokazują różnice majątkowe.
Warto też zauważyć, jak niedawne w Polsce jest upowszechnienie trwałych, kamiennych nagrobków. Z dzieciństwa pamiętam, że większość grobów stanowiły obramowane mogiły ziemne, na których rosły kwiaty. Coś solidnego fundowali sobie nieliczni zamożni. W ciągu kilku dekad zmieniło się to diametralnie.
Sam, wymieniając kilka lat temu grób rodziców, zdecydowałem się na kamień, ale zostawiłem również bardzo dużo zieleni, iglaki. Kiedy rodzina zaczęła zgłaszać uwagi, odpowiadałem: jeżeli koniecznie chcecie przykryć wszystko kamieniem, żeby broń boże nikt z tej trumny nie powstał, to już wasz problem.
PAP: Wspólny grób przez pokolenia był miejscem rodzinnej i historycznej pamięci. Czy odejście od niego nie oznacza utraty czegoś ważnego?
P.S.: Nie przesadzajmy z przekonaniem, że obecna forma cmentarza istniała od zawsze. To, co uznajemy w Polsce za tradycyjny cmentarz, ma około 200–250 lat historii. W drugiej połowie XVIII wieku zaczęto we Francji tworzyć nowoczesne nekropolie, zastępując nimi cmentarze przykościelne, położone w centrach miejscowości. Ze względów sanitarnych miejsca pochówku wyprowadzano poza zabudowę.
Później miejscowości się rozrastały i cmentarze znów znajdowały się w ich obrębie. Powązki, które dzisiaj kojarzymy z miastem, powstawały przecież poza rogatkami Warszawy.
Zmienia się etap rozwoju cywilizacyjnego, a wraz z nim logika i forma pochówków. To, co dziś traktujemy jako oczywistą tradycję, również kiedyś było nowością.
PAP: Wyobraźmy sobie zatem urnę z prochami babci stojącą w domu. Dla jej dzieci to cenna pamiątka, ale dla prawnuków może być już przedmiotem, który nie pasuje do mieszkania, więc wyląduje w śmietniku.
P.S.: Taka sytuacja może się pojawić. Podtrzymujemy przede wszystkim pamięć o osobach, z którymi mieliśmy kontakt. Jeżeli prawnuk stracił pradziadka czy prababkę, mając trzy, cztery lata, jego perspektywa jest inna niż perspektywa rodziców.
To, co dla jednego pokolenia było niezwykle ważne i cenne, dla następnego może stać się obciążeniem.
PAP: Do zmiany zwyczajów mogą nas też skłonić względy ekologiczne. Po Wszystkich Świętych zostają góry zniczy i plastikowych kwiatów.
P.S.: Rozdzieliłbym sam pochówek od rytuału związanego z obchodzeniem święta. W tym drugim obszarze w ciągu ostatnich 20–30 lat nastąpiła drastyczna zmiana. Od naturalnych kwiatów, które co najwyżej zgniły, przeszliśmy do plastiku, plastiku i jeszcze raz plastiku.
Mam też wrażenie, że naród chce pokazać, iż się dorobił. Lampek stawia się dużo, „na bogato”, żeby udowodnić: stać mnie.
Choć muszę przyznać, że cmentarz przestał być rewią mody, jaką pamiętam z dzieciństwa. Rodzice żartowali wtedy, że 1 listopada jest świetną okazją do zaprezentowania nowych kozaków i zimowych ubrań.
PAP: Co się zmieniło? Mniej zależy nam na tym, żeby pokazać się rodzinie, więc już nie opłaca się wyjmować futra z szafy?
P.S.: Przede wszystkim coraz częściej rozkładamy odwiedziny grobów na dwa dni albo przyjeżdżamy na nie w kolejny weekend. „Grobbing” przestał więc być taką okazją jak dawniej, żeby na cmentarzu spotkało się jednocześnie kilka czy kilkanaście osób z rodziny.
Z dzieciństwa pamiętam, że siedziało się na cmentarzu trzy, cztery godziny, niezależnie od pogody. Wiedzieliśmy, że około południa pojawi się cała rodzina i z każdym będzie można chwilę porozmawiać. Dziś jeden wpada o tej porze, drugi o innej, ktoś przyjeżdża następnego dnia. W mojej ocenie osłabł rodzinny wymiar tego święta.
PAP: A pan martwi się tym, kto będzie zapalał znicze na pana grobie?
P.S.: Jest mi to całkowicie obojętne. Moi rodzice nie żyją od wielu lat, nie mam własnej rodziny. Kilkanaście lat temu, kiedy pojawiły się u mnie pewne problemy zdrowotne, sporządziłem nie tylko testament, ale również dyspozycje dotyczące pochówku. Zapisałem, jak ma wyglądać świecka ceremonia i dlaczego chcę zostać spopielony, a następnie pochowany w ekologicznej urnie.
PAP: Dlaczego właśnie w takiej?
P.S.: Żeby jak najszybciej się rozłożyła. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. A tak naprawdę człowiek tak długo żyje, jak długo jeszcze o nim pamiętają.
Źródło: Republika/PAP
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X