Niema koalicja. Noc w Trybunale i powtórka z Grodna
W nocy z 30 na 31 października sędzia wybrana przez obecny Sejm odsunęła prezesa Trybunału Konstytucyjnego, policja stanęła przy bramie, a prezydent wszedł do budynku przez sędziów stojących w drzwiach. Felieton o tym, jak w 2026 r. wraca Sejm grodzieński – od ślubowań „wobec prezydenta" po pożyczkę spłacaną do 2075 roku – i dlaczego tym razem niema jest koalicja.
Przyznaję bez bicia: obiecałem sobie, że nie użyję słowa „Targowica". Zużyło się w polskim sporze jak moneta, którą każdy wrzuca do automatu, choć dawno nic za nią nie wypada. Proponuję w zamian Grodno – miasto mniej efektowne, a notabene położone dziś po niewłaściwej stronie granicy. W Grodnie nikt nie zdradzał z fanfarami; tam wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. 23 września 1793 r. posłowie przesiedzieli w milczeniu długie godziny, na sali siedział rosyjski generał, aż wreszcie marszałek, na wniosek posła Ankwicza, uznał, że kto milczy, ten się zgadza. Traktat rozbiorowy ratyfikowano bez jednego głosu za.
Dzisiejszy Sejm milczeniem nie grzeszy, za to procedurę opanował do perfekcji. 13 marca uchwalił, że Trybunałem Konstytucyjnym „kieruje faktycznie osoba nieuprawniona", i tego samego dnia wybrał sześcioro sędziów. Prezydent zaprzysiągł dwoje. 9 kwietnia całe sześcioro ślubowało w Sejmie „wobec prezydenta" – pod jego nieobecność, tych dwoje z solidarności po raz drugi; w październiku to samo zrobił p. Berek, do niedawna minister w tym samym rządzie. W Grodnie milczenie uznano za zgodę, w Warszawie nieobecność uznaje się za obecność. Premier ujął rzecz po kawaleryjsku: kluczowe jest „wysadzenie z siodła nielegalnie funkcjonującego przewodniczącego Święczkowskiego" (przewodniczącego, bo na „prezesa" trzeba by zapewne osobnej uchwały). Zapewniał też, że nie interesują go dziecinne spekulacje, kto i kiedy zdobędzie budynek. Dwa tygodnie później okazało się, że uchwała nie była potrzebna: wystarczyło zarządzenie jednej sędzi.
Skoro procedura jest, reszta idzie gładko. Dyrektorka kancelarii Trybunału i komendant Straży Trybunalskiej usłyszeli zarzuty 23 września, dokładnie w 233. rocznicę sesji niemej, i dostali zakaz wstępu do budynku, w którym pracują; 14 października policja usuwała demonstrantów sprzed wjazdu, by mógł przejechać nowy sędzia, a prezes Trybunału zastawiał mu własnym ciałem drzwi do części sędziowskiej; min. Żurek odwołał rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości „w związku z rażącym i uporczywym naruszaniem przepisów prawa", po czym wyznaczony przez niego p.o. rektora odbił się od drzwi uczelni, a posłowie opozycji od policyjnego kordonu; 30 października sędzia Korwin-Piotrowska, powołując się na art. 130 ustawy o ustroju sądów powszechnych, zarządziła przerwę w czynnościach prezesa i wiceprezesa, policja stanęła przy bramie, prezes został za nią, a strona internetowa Trybunału zaczęła mówić innym głosem niż jego konto na X; wyroki Trybunału w sprawie lekcji religii czekają zaś na publikację, której nie będzie, bo rząd uznał, że nie musi. Wszystko z podstawą prawną. Taką samą jak w Grodnie.
Ten sam porządek zaprowadzono w szkole, tyle że zamiast uchwał wystarczyły rozporządzenia. Przedmiot historia i teraźniejszość zlikwidowano, bo minister Barbara Nowacka zapowiedziała „odczarnkowienie i odpolitycznienie historii". Religię skrócono do jednej godziny, co do zasady na pierwszej albo ostatniej lekcji. Trochę jakby postawiono ją w szkolnym przedsionku, jedną nogą już w salce przykościelnej, dokąd w 1961 r. wyprowadziła ją ustawa o rozwoju systemu oświaty i wychowania. Ministerstwo tłumaczy, że „nie ma uzasadnienia, aby były to dwie lekcje tygodniowo". Uzasadnienie znalazło się natomiast dla edukacji zdrowotnej, obowiązkowej od tego września, choć gdy była dobrowolna, chodziło na nią ok. 30 proc. uprawnionych uczniów. Tam, gdzie uczniowie nie przychodzili, wprowadzono przymus; tam, gdzie przychodzą, wprowadzono limit. Stowarzyszenie Katechetów Świeckich zebrało pół miliona podpisów pod projektem „Tak dla religii i etyki w szkole" i przypomina, że te lekcje są „przestrzenią rozmowy o dobru i złu, odpowiedzialności, relacjach społecznych i sensie życia". Projekt od roku leży w sejmowych komisjach.
Owszem, pod Trybunałem nie stoi rosyjski generał, tylko polska policja, a to ciągle różnica zasadnicza. Owszem, Rejtana z prezesa Święczkowskiego robić nie zamierzam: Rejtan w progu leżał, prezes w nim stał, a nowego Matejki na horyzoncie nie widać. W piątek w nocy w tym samym progu stali już sędziowie nowej większości, a przeciskał się przez nich prezydent Rzeczypospolitej. Próg ten sam, role odwrócone. Pod progiem też nie jest pusto: miasteczko namiotowe stoi pod Trybunałem od połowy września, a w piątkową noc przyszli tam ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że państwo da się przebudować zarządzeniem i kordonem. Bramę sforsowano, prezes Święczkowski wszedł na teren Trybunału i przez megafon uspokajał tłum, że z policją bić się nie będą. Nawet senat Akademii Wymiaru Sprawiedliwości wybrał 27 października na rektora nie wskazanego przez ministra p.o., lecz własnego prorektora. Dwa tygodnie temu prezes PiS mówił tam, że TK i NBP to „ostatnie instytucje nieopanowane jeszcze przez obecną władzę"; w piątek mówił już o ostatniej twierdzy, w dodatku słabnącej.
Ostatni rozbiór, przypomnę, przyszedł dwa lata po Grodnie, a trzy tygodnie przed jego podpisaniem pruscy żołnierze rozbili nocą skarbiec na Wawelu i wywieźli koronę do Berlina. Po latach król pruski kazał ją zniszczyć; złoto i srebro przeznaczono na monety. Kto lubi arytmetykę, niech doda 233 lata: insurekcja wypada w 2027 r., czyli w roku wyborczym, a rozbiór w 2028. Piątek pokazał, że nikt nie zamierza czekać. Głosowanie nad Trybunałem Stanu dla prezesa NBP marszałek Sejmu zapowiada na drugą połowę listopada. Kto przejmuje państwo, zaczyna od drzwi, a kończy na skarbcu.
Skarbca zresztą nikt rozbijać nie musi, skoro można pożyczyć. 13 marca, gdy Sejm uchwalał, kto nie jest prezesem Trybunału, rząd uchwalił, jak obejść weto prezydenta w sprawie SAFE: dwóch ministrów dostało upoważnienie do podpisania pożyczki. Prezydent wetował, bo ustawa – jak mówił w orędziu – „uderza w naszą suwerenność". Jego podpis okazał się zbędny, zgoda Komisji Europejskiej wystarczy. Wcześniej prezydent Nawrocki razem z prezesem NBP proponował zbrojenia z zysku na złocie, premier skwitował to jako „SAFE zero złotych" i wybrał 43,7 mld euro z Brukseli, spłacane do 2075 r., czyli przez wnuków, którzy jeszcze nie wiedzą, że są dłużnikami. W trzy dni podpisano 62 umowy na 120 mld zł, a w październiku anonimowy rozmówca z branży powiedział Wyborcza.biz – nie „Gazecie Polskiej" – że „za wszystko przepłacamy minimum dwukrotnie". Jeśli ma rację, kupujemy drogo i za pożyczone. W 1797 r. długi Rzeczypospolitej rozliczali zaborcy; dziś radzimy sobie sami.
Po piątkowej nocy koalicja generalnie milczy jak i premier. Lewica na zaproszenie prezydenta do rozmów odpisała: „odpowiadamy negatywnie". PSL do pałacu poszło, a Hołownia ogłosił, że Trybunału w tym kształcie nie da się uratować. Na razie rządzący nie znajdują odpowiednich słów, żeby nazwać to, co się dzieje. Czasem można bardzo dużo mówić i zupełnie nic nie powiedzieć.
W Grodnie milczenie uznano za zgodę, pod Trybunałem milczenia nie ma: ludzie z zimnymi rękami gorąco witają każdego, kto przyjdzie z nimi protestować, i często się modlą – wiem, bo byłem. Poseł Smolarz z PSL, mówiąc jako katolik, orzekł, że ta modlitwa jest „po prostu niedopuszczalnym czymś"; najwyraźniej wystarczyłaby mu minuta ciszy.
Miłosz Manasterski
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X